Czy więcej oznacza właściwie?

Na ostrzu pióra

 

Chrześcijanie często znajdują się w takiej sytuacji, w której uważają swoje racje lub swoją denominację za najlepszą i często tą „jedyną właściwą”. Nie muszę wymieniać przykładów sporów doktrynalnych między katolikami a prawosławnymi, baptystów amerykańskich z amerykańskimi zielonoświątkowcami itd. Uważam, ze jednym z czynników powodujących takie odczucia, że nasza racja jest najlepsza albo nasza strona to ta lepsza, to liczebność grup w danym kraju, społeczności albo odłamów różnych religii. Często jest tak, że im nas więcej tym większe przekonanie, że to jest właściwa droga, bo przecież małe grupki to często sekty, lub grupy o znikomym znaczeniu społecznym. I o ile często jest to prawdą, o tyle częściej bezrefleksyjne przebywanie w szerokim gronie jest zgubne i prowadzi donikąd.

Posłużę się przykładem, który szczególnie boleśnie dotknął protestantów w okresie rządów nazistów w Niemczech. Jest to dla protestantów na tyle duży powód do wstydu, że nie jest on wspominany w szerokiej dyskusji i przeciętny protestant o tym nie wie. Ten powód do wstydu jest o tyle większy, że kolaboracja prawie nie objęła katolików, którzy stali się jednym z obiektów docelowych represji nazistów. Można byłoby zasugerować przyczynę, że protestanci kolaborowali pod przymusem opresji podobnych do tych stosowanych na katolikach, ale gdy spojrzymy na wyniki wyborów, które dały Hitlerowi władzę, to można się doszukać informacji wskazujących na to, że to landy z większością protestancką głosowały na Hitlera, a w katolickich Hitler wyraźnie przegrywał. To we Wrocławiu, Królewcu i Berlinie NSDAP zdobywało po 50-60% głosów, podczas gdy w landach katolickich było to po kilkanaście procent. Można więc powiedzieć, że to protestanci przyczynili się do zdobycia władzy przez nazistów i byli o wiele bardziej łasi na ich hasła. Jednak pragnę powiedzieć, że nie oznacza to, że nie istnieli katolicy którzy kolaborowali lub protestanci, którzy nie kolaborowali. Proporcje, które wynikają z analiz świadczą jednak na niekorzyść tych drugich.

Jeszcze przed początkiem władzy nazistowskiej, tj. w 1932 roku, berliński pastor Joachim Hossenfelder założył ruch o nazwie „Niemieccy Chrześcijanie” („Deutsche Christien”). Była to organizacja skupiająca pastorów niemieckich i wspierająca ruch pronazistowski wśród protestantów w całej okupowanej Europie. Podporządkowała jej się 1/3 ówczesnych niemieckich pastorów i istniała do 1945 roku. Z jednej strony 1/3 to wciąż mniejszość, ale po uwzględnieniu, że byli to pastorzy największych kościołów i zborów w Niemczech, a większość pozostałych pastorów wykazała się biernością i brakiem umiejętności zawrócenia wiernych ze złej ścieżki nazizmu, to ta 1/3 stawała się głosem decydującym w wielu kwestiach. Szczególnie dotyczyło to różnic między naukami Chrystusa a stosunkami międzyludzkimi preferowanymi przez nazistów. Głównymi postulatami były m.in. zakaz kontaktów seksualnych z „obcymi rasami” (głównie z Żydami), wykluczenie osób pochodzenia żydowskiego z Kościoła, unifikacja kościoła protestanckiego w Niemczech, odrzucenie Starego Testamentu i „weryfikacja” Nowego Testamentu w celu usunięcia z niego elementów kultury żydowskiej, ochrona „czystości rasy niemieckiej” (odrzucenie chorych i niepełnosprawnych oraz rozwój eugeniki, odrzucenie osób narodowości innych, niż niemiecka, oraz zniszczenie marksizmu.

Pomimo początkowych sprzeciwów, zdobyli większość stanowisk i wpływów w niemieckim kościele i przez kolejne 12 lat manipulowali Niemcami, szczególnie tymi, którzy mieli dylematy moralne – czy należy wspierać reżim i dążenia do wielkości swojego kraju, czy też wybrać drogę represji, ale przede wszystkim naśladować Chrystusa zachowując Jego nauki. Historia pokazuje, że ten drugi wybór wybrała garstka ludzi, która powołała „Ruch Młodoreformacyjny” („Jungreformatorische Bewegung”), a później „Kościół Wyznający” („Bekennende Kirche”). Po początkowych sukcesach i obudzeniu się pastorów z letargu bierności zaczęto organizować opozycję protestancką wobec zaistniałej sytuacji, która po początkowych sukcesach, zwłaszcza na Śląsku i Hesji, została zinfiltrowana i podzielona na zdecydowanie większą grupę działaczy, którzy ostatecznie również podporządkowała się państwu i na mniejszą grupę, która zeszła do podziemia tracąc jakiekolwiek wpływy, ale zachowując honor. Na nieszczęście, ludzie skuszeni cudami, nowinkami technicznymi, coraz większymi zarobkami i pozornym dźwignięciem kraju przez Hitlera z kryzysu lat 30-tych widząc, że są w większości dawali jednoznaczny sygnał kogo popierają i co mają w sercu. „Niemieccy Chrześcijanie” byli większością w państwie Hitlera.

Co stało się później? Jeszcze w 1934 roku sam ruch zaczął tracić na znaczeniu, gdy postanowiono stworzyć narodowy kościół… protestancko-katolicki. Protestanci nie chcieli współpracować, wskutek czego NCh. rozpadł się na 32 różne organizacje, które jednak dalej kontynuowały zbrodnicze herezje. Co ciekawe, po wojnie większość z byłych działaczy tuszowała swoją dawną działalność, wykorzystując swoje dawne wpływy. Na szczęście nie udało się to, a organizacje nazistowsko-chrześcijańskie zdelegalizowano po wojnie zarówno w NRD jak i RFN. Straty moralne i ludnościowe wśród protestantów były tak wielkie, że Kościół niemiecki został odbudowany jedynie w Niemczech Zachodnich, przez tych, którzy wytrwali w godzinie próby i przeżyli represje i obozy, natomiast władze komunistyczne dawnego NRD nie pozwalając na pełną odbudowę struktur kościelnych dopełniły agonii liczby protestantów, a obecnie landy wschodnie jako jedyne w kraju mają zdecydowaną przewagę ateistów w odsetku populacji.

Morał płynie z tego następujący: nigdy nie uważajmy, że większość jest gwarantem racji. Najważniejsze są Boże przykazania. Odwołując się do Biblii, zastanówmy się jaka reakcja była w momencie, kiedy wrócili wywiadowcy z Kanaanu do Izraelitów mówiąc, że nie dadzą rady podbić tego kraju. Dwóch z dziesiątki szpiegów się wyłamało i mimo, że było ich mniej to wytrwali przy Bogu i to oni cieszyli się Bożą obietnicą. Reszta poginęła na pustyni zmanipulowana przez pozostałych. To Jozue i Kaleb prowadzili lud Boży. Drugim przykładem jest tragedia dziesięciu plemion izraelskich, które zostały zgarnięte przez Jeroboama, a później uwięzione w ramach państwowego kultu posągów i kapliczek. Nieco ponad dwa wieki później zdegenerowane społeczeństwo izraelskie zostało rozsiedlone po podbiciu kraju przez Asyrię na tereny całego imperium i zaginęło ich dziedzictwo, a jedynymi Żydami są potomkowie Judy i Beniamina oraz Lewici, czyli tych którzy pozostali przy Bogu w Jerozolimie. Zastanówmy się jakbyśmy zareagowali jako taki Żyd czy Niemiec w powyższych wymienionych przykładach. Wybierzmy mądrze, bo inaczej Bóg może nas zetrzeć na proch i zdmuchnąć z kart historii, chroniąc pozostałych i przekazując dla nich swoje obietnice.

 

Autor i źródło: Jan Szczepański, Zborownik KChB w Inowrocławiu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *